czwartek, 13 kwietnia 2017

Poznańska odskocznia

Piątek 7 kwietnia godzina 3:30 dzwoni budzik.
W mojej głowie znów rodzą się przekleństwa na moje głupie pomysły, jak na przykład jednodniowa wycieczka do Poznania. Bo czemu by nie :)
Bilety zakupione leżą na moim biurku już 3 tygodnie, plan wycieczki z grubsza obmyślony. Ma to być nasz czas, więc raczej plan jest spokojny i nie uwzględnia maratonu po całym mieście.
Przed 4:50 meldujemy się na gdańskim dworcu i z niecierpliwością czekamy na nasz pociąg. Wyruszyliśmy w przedziale tylko z jednym mężczyzną, więc na naszą dwójkę przypadało 6 miejsc. Tak, przetestowaliśmy wszystkiego. Podróż minęła by bardzo fajnie gdyby nie godzinny (powtarzam GODZINNY) postój w oddalonym o 60km od Gdańska Pelplinie. Tak w Poznaniu zamiast o 9 rano byliśmy po 10. Rozumiem, że za cenę biletów studenckich i jeszcze 30% taniej bo kupiliśmy bilety z 3 tygodniowym wyprzedzeniem nie można się spodziewać luksusów. Ale opóźnienia jakie serwuje mi pkp coraz częściej doprowadzają mnie do złości. Przez zepsuty wagon, który odczepiliśmy po godzinnym postoju musiałam zrezygnować z porannej kawy z poznańskim rynku, co było dla mnie ciężkie do przeżycia.


Zanim spałaszowaliśmy śniadanie z widokiem na fontannę, centrum handlowe i samolotki podchodzące do lądowania dobijała już 12. A przecież wyjazd bez podziwianie koziołków byłby niezaliczony. Oboje stwierdziliśmy, że to najlepsza promocja dla miasta. Mało kosztowne, a reprezentacyjne i wzbudzające ogromną radość wśród oglądających. Grupy wycieczek szkolnych odliczały każde tryknięcie koziołków a dorośli uśmiechali się od ucha do ucha, gdy drewniane zwierzątka zbliżały się do siebie. Wrocław potrzebował 400 krasnali, żeby podnieść popularność regionu, Poznaniowi wystarczył dwa koziołki. Poznań od zawsze kojarzył mi się wyłącznie z koziołkami, z czasem skojarzenie odnosiło się do koziołków na etykietce od piwa LECH, ale to zawsze koziołki.


Żeby podnieść edukacyjność mojego wyjazdu poszliśmy do muzeum "Powstania Wielkopolskiego" trafiliśmy akurat na czas jego modernizacji. Nie wszystko było dostępne i odczucia co do tego miejsca mam nie za dobre. Ale byłam, zobaczyłam i przekonałam się na własne oczy, że muzea w Polsce wymagają większego zaangażowania i kreatywnego podejścia.


Następnym punktem programu było zwiedzanie Browaru LECH. Wycieczka odbywa się w grupach od 6 do 25 osób, które trzeba wcześniej zarezerwować. Jako że byliśmy tylko w dwójkę dokoptowali nas do 4 mężczyzn z Torunia. Jestem pod ogromnym wrażeniem całej tej firmy. Oprowadzała nas bardzo miła przewodniczka, odpowiadająca na masę naszych głupich pytań. Na starcie przy kupnie biletu dostaje się metalowy otwieracz. Niby drobiazg ale bardzo miły gest. Zostaliśmy zaproszeni na wyższą kondygnację gdzie był interaktywne gry dla oczekujących na zwiedzanie. Wszystko przemyślane i wycieczka obowiązkowa podczas pobytu w Poznaniu. Cała produkcja wywarła na mnie ogromne wrażenie.


Zeszło nam tam dłużej niż sądziłam. Sam spacer po terenie browaru to godzina, potem mieliśmy jeszcze piwny quiz Gdańsk kontra Toruń. Oczywiście to my go wygraliśmy. :) STUDENCI... A na sam koniec jeszcze zostaliśmy zaproszeni do baru na piwo. Do wyboru mieliśmy trzy rodzaje produkowane z Poznańskiej fabryce. Do samego browaru musieliśmy podjechać tramwajem nr 16, bo pogoda niestety nie zachęcała do spacerów, więc finalnie na Maltę nie dotarliśmy. Kto by pomyślał, że w kwietniu może być mniej niż 10 stopni i do tego deszcz. To znaczy, że do Poznania trzeba jeszcze wrócić. Lodów też nie zjedliśmy ze względu na temperaturę...


Za to galeria handlowa "Stary Browar" w pełni poczuła klimat wielkanocny i wokół poustawiane były wielkie plastikowe króliczki.


Chyba po moim wakacyjnym wyjeździe do Wrocławia już żadne miasto nie podbije mojego serca. Dla mnie miłośniczki oglądania samolotków z ziemi lokalizacja poznańskiego lotniska jest bardzo turystyczna. Podchodzenie do lądowania nad dworcem głównym jest widowiskowe. I do tego komunikacja miejska jest w jednej kolorystyce. To tak bardzo dodaje estetyki.