czwartek, 13 kwietnia 2017

Poznańska odskocznia

Piątek 7 kwietnia godzina 3:30 dzwoni budzik.
W mojej głowie znów rodzą się przekleństwa na moje głupie pomysły, jak na przykład jednodniowa wycieczka do Poznania. Bo czemu by nie :)
Bilety zakupione leżą na moim biurku już 3 tygodnie, plan wycieczki z grubsza obmyślony. Ma to być nasz czas, więc raczej plan jest spokojny i nie uwzględnia maratonu po całym mieście.
Przed 4:50 meldujemy się na gdańskim dworcu i z niecierpliwością czekamy na nasz pociąg. Wyruszyliśmy w przedziale tylko z jednym mężczyzną, więc na naszą dwójkę przypadało 6 miejsc. Tak, przetestowaliśmy wszystkiego. Podróż minęła by bardzo fajnie gdyby nie godzinny (powtarzam GODZINNY) postój w oddalonym o 60km od Gdańska Pelplinie. Tak w Poznaniu zamiast o 9 rano byliśmy po 10. Rozumiem, że za cenę biletów studenckich i jeszcze 30% taniej bo kupiliśmy bilety z 3 tygodniowym wyprzedzeniem nie można się spodziewać luksusów. Ale opóźnienia jakie serwuje mi pkp coraz częściej doprowadzają mnie do złości. Przez zepsuty wagon, który odczepiliśmy po godzinnym postoju musiałam zrezygnować z porannej kawy z poznańskim rynku, co było dla mnie ciężkie do przeżycia.


Zanim spałaszowaliśmy śniadanie z widokiem na fontannę, centrum handlowe i samolotki podchodzące do lądowania dobijała już 12. A przecież wyjazd bez podziwianie koziołków byłby niezaliczony. Oboje stwierdziliśmy, że to najlepsza promocja dla miasta. Mało kosztowne, a reprezentacyjne i wzbudzające ogromną radość wśród oglądających. Grupy wycieczek szkolnych odliczały każde tryknięcie koziołków a dorośli uśmiechali się od ucha do ucha, gdy drewniane zwierzątka zbliżały się do siebie. Wrocław potrzebował 400 krasnali, żeby podnieść popularność regionu, Poznaniowi wystarczył dwa koziołki. Poznań od zawsze kojarzył mi się wyłącznie z koziołkami, z czasem skojarzenie odnosiło się do koziołków na etykietce od piwa LECH, ale to zawsze koziołki.


Żeby podnieść edukacyjność mojego wyjazdu poszliśmy do muzeum "Powstania Wielkopolskiego" trafiliśmy akurat na czas jego modernizacji. Nie wszystko było dostępne i odczucia co do tego miejsca mam nie za dobre. Ale byłam, zobaczyłam i przekonałam się na własne oczy, że muzea w Polsce wymagają większego zaangażowania i kreatywnego podejścia.


Następnym punktem programu było zwiedzanie Browaru LECH. Wycieczka odbywa się w grupach od 6 do 25 osób, które trzeba wcześniej zarezerwować. Jako że byliśmy tylko w dwójkę dokoptowali nas do 4 mężczyzn z Torunia. Jestem pod ogromnym wrażeniem całej tej firmy. Oprowadzała nas bardzo miła przewodniczka, odpowiadająca na masę naszych głupich pytań. Na starcie przy kupnie biletu dostaje się metalowy otwieracz. Niby drobiazg ale bardzo miły gest. Zostaliśmy zaproszeni na wyższą kondygnację gdzie był interaktywne gry dla oczekujących na zwiedzanie. Wszystko przemyślane i wycieczka obowiązkowa podczas pobytu w Poznaniu. Cała produkcja wywarła na mnie ogromne wrażenie.


Zeszło nam tam dłużej niż sądziłam. Sam spacer po terenie browaru to godzina, potem mieliśmy jeszcze piwny quiz Gdańsk kontra Toruń. Oczywiście to my go wygraliśmy. :) STUDENCI... A na sam koniec jeszcze zostaliśmy zaproszeni do baru na piwo. Do wyboru mieliśmy trzy rodzaje produkowane z Poznańskiej fabryce. Do samego browaru musieliśmy podjechać tramwajem nr 16, bo pogoda niestety nie zachęcała do spacerów, więc finalnie na Maltę nie dotarliśmy. Kto by pomyślał, że w kwietniu może być mniej niż 10 stopni i do tego deszcz. To znaczy, że do Poznania trzeba jeszcze wrócić. Lodów też nie zjedliśmy ze względu na temperaturę...


Za to galeria handlowa "Stary Browar" w pełni poczuła klimat wielkanocny i wokół poustawiane były wielkie plastikowe króliczki.


Chyba po moim wakacyjnym wyjeździe do Wrocławia już żadne miasto nie podbije mojego serca. Dla mnie miłośniczki oglądania samolotków z ziemi lokalizacja poznańskiego lotniska jest bardzo turystyczna. Podchodzenie do lądowania nad dworcem głównym jest widowiskowe. I do tego komunikacja miejska jest w jednej kolorystyce. To tak bardzo dodaje estetyki.



czwartek, 30 marca 2017

fotograficzny marzec

1.03.2017r.
Nawet w środę idąc na 8 na zajęcia mogę być szczęśliwa, gdy za oknem słońce, a czwartek i piątek wolny.

2.03.2017r.
Taką lasagne z patelki (po studencku) podałam na obiad. Była zjadliwa i nawet podobno smaczna.

3.03.2017r.
Najlepiej rozpocząć dzień śniadaniem nad morzem i kawą w kubku termicznym. Nawet wczesną wiosną Bałtyk jest piękny.

4.03.2017r.
Cudownym uczuciem jest przyjechać do domu, kiedy na biurku czekają na mnie listy...

5.03.2017r.
Zakupy po pracy. Banana musi być. Z croissant z serem jest przepyszny...

6.03.2017r.
Na poniedziałkowe śniadanie tylko kanapka z fetą.

7.03.2017r.
Uwielbiam jak ktoś mnie wozi autkiem. Czy to mój wybranek serca czy też koleżanka z roku.

8.03.2017r.
Najlepszym prezentem na dzień kobiet jest ON, mężczyzna Twojego życia. Ale bukiet fioletowych TuliPanów zawsze miło widziany. Szczególnie gdy to niespodzianka.

9.03.2017r.
Dzień kobiet świętuję raz w roku, za to żelki przyjmuję zawsze. Mam słabość do HARIBO...

10.03.2017r.
Try dni spotkań z nietuzinkowymi ludźmi, którzy częściej żyją marzeniami niż codziennością.

11.03.2017r.
Chciałam kupić planszówkę, ale dużo łatwiej namówić znajomych na krótkie gry karciane.

12.03.2017r.
Kiedy siedzisz w pracy już 3 dzień to foodtruck z belgijskimi frytkami jest dla Ciebie błogosławieństwem.

13.03.2017r.
Czasem można poświęcić jeden wykład, żeby wrócić do domu i zjeść makaron ze szpinakiem i fetą

14.03.2017r.
Kolejny trójnóg, którego poznałam.

15.03.2017r.
Mój domek do szczegółowego zaprojektowania.

16.03.2017r.
Wielbijmy McDonalda za darmową kawę do śniadania.

17.03.2017r.
Najsmaczniejsze śniadanie od słońcem, zrobione specjalnie dla mnie.

18.03.2017r.
Mrożony jogurt z ikei zawsze poprawi humor. Mimo że zakupy nie był najgorsze.

19.03.2017r.
Tak szybko ten czas leci.

20.03.2017r.
No czego to doszło, żebym w tramwaju czytała cd-action. Cała gazeta o grach i komputerze...

21.03.2017r.
Ile potrzeba blondynek do wymiany żarówki? Wystarczy jedna :)

22.03.2017r.
Wielbijmy aliexpress, bo nigdzie indziej nie dostaniemy damskich pierdółek za grosze.

23.03.2017r.
Gdy w środę zaczyna się Twój weekend, nawet falowiec wygląda wyjątkwo

24.03.2017r.
Czasem wystarczy słońce i ciastka ze sklepu z produktami z Niemiec...

25.03.2017r.
Jak co weekend peron czwarty i oczekiwanie na CiaPąg do Tczewa

26.03.2017r.
Kolejny piękny wiosenny dzień, gdy słońce od samego rana zagląda mi w okno.


27.03.2017r.
Kiedy znajdzie się chwila w tygodniu na pomalowanie paznokci to już jest sukces :)

28.03.2017r.
Wracasz po uczelni, masz tyle do zrobienia, a i tak zabierasz się za selekcje zdjęć z nowej karty pamięci.

29.03.2017r.
Kończysz w środę zajęcia po 19 jeszcze jest jasno, a Ty wiesz to dla Ciebie właśnie zaczyna się weekend.

30.03.2017r.
Po męczących 4 dniach najlepszy na pocieszenie jest MilkyWay

31.03.2017r.
ErgoArena z wiosenną aurą w tle wygląda pięknie, nawet gdy idzie się na gruziński balet.

piątek, 3 marca 2017

Luty minął w mgnieniu oka

Wraz z ostatnim dniem stycznia, napisałam ostatni egzamin w sesji zimowej. Z delikatnym stresem weszłam w nowy miesiąc, czekając na wyniki, żeby być pewnym, że żądna poprawka nie zniszczy mi moich ferii. No i się udało... To był jeden z łatwiejszych semestrów, a pewnie najłatwiejszy. Przeżyłam ostatni miesiąc na nic nie robieniu. A im mniej uczelnianym obowiązków, tym więcej pomysłów, a co za tym idzie mniej wolnego czasu. Byłoby o wiele łatwiej gdybym myślała o tym co robię tu i teraz, zamiast o niebieskich migdałach. Może wtedy nie chodziłabym do sklepu 3 razy po ta samą rzecz... Właśnie wtedy jestem szczęśliwa, kiedy dookoła dużo się dzieje.



Nadszedł kolejny semestr na uczelni. Mam nadzieję, ze siedem stopni na termometrze to prognoza rychło nadchodzącej wiosny. Niech będzie to post kończący zimę 2016/2017. Teraz niech będzie już tylko cieplej i słoneczniej. 


Najlepszym akcentem lutego był wyjazd do Wieżycy. Tęsknota za Górami nie mija, czasem można ją tylko zastąpić mniejszym odpowiednikiem. Minusem studiów jest brak ferii zimowych, bo nigdy nie wiesz czy nie trafi Ci się jakaś poprawka, albo dodatkowe zaliczenie, o którym wykładowca nie wspominał wcześniej. Studia obierają wielu przyjemności związanych z brakiem czasu. Ale po liceum to już prawie dorosłość (tylko że studenci mają dorosłość w wersji demo, skoro utrzymują ich nadal rodzice). W dorosłym życiu na pierwszym miejscu są obowiązki. A szkoda...



Snowboard nabiera sensu dopiero kiedy jedziesz ze znajomymi (druga połówka też się sprawdza). A kiedy jeszcze możesz się ogrzać przy ognisku z paleniskiem to do szczęścia nie potrzeba już nic. No dobra herbata z cytryną. Ale jeśli jest dobre połączenie CiaPągiem, to wybieramy PKP i eliminujemy ciężkie i duże rzeczy. Termos niestety mobilny nie jest. 



Niech te płatki śniegu odejdą już we wspomnienia. Niech następny post zawiera wiosenne kwiatki i dużo dużo słońca. Może łatwiej mi będzie przeżyć 3 dni na uczelni po 12 godzin każdy.

niedziela, 26 lutego 2017

Nie tylko siatkówka się liczy w sporcie

Jestem wstrząśnięta niemieszana. Kolejny intensywny weekend na moim koncie. Miałam oszczędzać i się pohamować od ciągłego biegania. Prawie mi się udało. Miałam w pełni leniwy piątek i kulinarnym wyczynem - kotlety schabowy i surówka z marchewki, starta własnymi rękami na "analogowej" tarce. Nawet nikt się nie zatruł. Ale w sobotę już nie mogłam odpuścić meczu piłki ręcznej. Wybrzeże Gdańsk we własnej hali podejmowało MMTS Kwidzyn. Pojedynek z kategorii tych ciężkich. Dwie drużyny są mi bliskie, a moja druga połówka pochodzi z Kwidzyna. 


Z tabeli tego sezonu jak i poprzednich wynika jednoznacznie przewaga drużyny z Kwidzyna. Pierwszy mecz ligowy na jakim byłam odbył się w Kwidzynie, a w zasadzie i pierwszy i drugi. Dwa lata temu wpadła mi do głowy myśl wycieczki do mojego Lubego i wyciągnięcie go na pojedynek z Vive Tauron Kielce. Chciałam po prostu zobaczyć wielkie Kielce w akcji, a zobaczyłam chłopaków mając za sponsorów "Wieśka z Marylą". Pieniądze to nie wszystko, ale sponsorzy się przydają. A oni mają za fundatorów okolicznych przedsiębiorców. Tak mi się "spodobali", że poszliśmy również na mecz zakończenia sezonu z Chrobrym Głogów. Potem zerwaliśmy kontakt. Ja nie interesowałam się piłką ręczną, ona też się o mnie nie upominała. Aż do ostatniej soboty lutego. 


Mój mężczyzna bez chwili zastanowienia wszedł w klub kibica MMTSu i pociągnął mnie za sobą. Nie spodziewałam się aż takiej dużej liczby kibiców z miasta gości. Jak widać słowo "derby pomorza" nie było rzucone na wiatr. Dopingowali przez cały czas trwania meczu. Tylko my po 2 min spędzonych w ich otoczeniu zdecydowaliśmy się na zmianę miejsca. Są różne rodzaje kibicowania, wiem o tym. 
Dla mnie bycie kibicem obrazuje się przez dopingowanie własnej drużyny i jej zawodników. Jakiś wulgaryzm też może się wydostać z ust raz czy dwa, ale NIGDY pod adresem zawodnika z obojętnie której drużyny, ani nawet pod adresem sędziego. Nie raz popełniają błędy, ale sport to ma być zabawa. Przynajmniej dla mnie. Na pewno nie może nikogo obrażać. Sport ma łączyć a nie dzielić. To że kibicujemy przeciwnym drużynom nie znaczy, że mamy siebie za to nienawidzić. Finalnie siedzieliśmy po stronie kibiców Gdańska. I siedział tam również za mną superkibic wyzywając wszystkich po kolei... Ponarzekałam powylewałam żale na facetów mających problemy sami ze sobą... Taka prawda, wyzywanie szczypiornistów którzy są prawdziwymi wojownikami jest niedojrzałe. Ale że co po niektórym facetom po procentach nie udaje się utrzymać klasy to chyba każdy wie. W takiej sytuacji najlepiej zmienić miejsce i cieszyć się dalej rywalizacją. 
A mecz... Mecz był zacięty.


Zaczęło się dość niepozornie. Przez pierwsze 10 minut wynik był 4:4. Po pierwszej połowie wynik był na korzyść Gdańszczan 12:10. Druga połowa była już pod rosnącą przewaga Kwidzyna. Z wyniku 13:10 potrafili w przeciągu kilku minut odrobić 4 punkty. I z 13:10 zrobiło się 13:14 a w samej końcówce MMTS uciekł już na 3 punkty. Cały mecz był świetnym pokazem bramkarskim, za to była też duża ilość nietrafionych rzutów. Wynik był 22-25 dla Kwidzyna. 
Czy z wyniku jestem zadowolona? Nie wiem. Liczyłam się z takim wynikiem idąc na hale. Za to jestem bardzo zadowolona z meczu. Rywalizacja była bardzo emocjonująca. A mając mężczyznę obok, nawet upływające sekundy nie są aż tak stresujące. Tego nie lubię w piłce ręcznej, upływającego czasu. Zapewne dlatego, że sama nie potrafię pracować pod presją czasu. 

video


A co wywarło na mnie największe wrażenie? Po zakończeniu meczu podziękowanie kibiców i zawodników. Wyklaskiwanie w jeden rytm, brawa, śpiewy, NicSięNieStało, DzięKuJeMy i uśmiechy. Sama zawsze czekam na ten moment kontaktu boiska z trybunami gdy pojawia się taka interakcja i wzajemne gesty uznania.

wtorek, 21 lutego 2017

Warszawska przygoda

Co robią dwie studentki podczas sesji? Szukają wycieczek, by uciec choć na jeden dzień od Gdańska i uczelnianej rzeczywistości.
No to pojechały do Warszawy pod pretekstem meczu Lotosu Trefla Gdańska - Onico Azs Politechnika Warszawska. Co z tego, że do stolicy z Trójmiasta jedzie się minimum 3h. Każda wycieczka jest dobra.


Musiałyśmy wstać o nieludzkiej godzinie, ale czym jest pobudka o 4:30 w porównaniu z wyjazdem na mecz siatkówki do innego miasta, w którym w życiu byłam tylko raz.
U mnie chyba nauka do jakichkolwiek egzaminów i kolokwiów musi się kończyć pomysłem na jakiś wyjazd.  Można by przecież cały dzień przeleżeć na łóżko przeglądając youtube. Zapewne byłoby łatwiej niż tłuc się pociągami po nocy i szwendać o mostach Warszawy...
Najlepszy mój  pomysł z możliwych: zacząć zwiedzanie od zaopatrzenia się w analogową mapkę z punktu informacji turystycznej. Tym więcej możliwości odnalezienia konkretnego miejsca tym większa szansa, że studentka Geodezji i Kartografii trafi na miejsce w dość krótkim czasie.


"Chwała Saperom"
Jak już srebrna błyskawica dowiozła nas do cela i nawet wysiadłyśmy na dobrej, z której potem wydostałyśmy się tunelem na powierzchnie to był pierwszy sukces tego dnia. Musiałyśmy sprawdzić czy wszystko stoi na swoim miejscu. Na pierwszy ogień poszła palma ze skrzyżowania alei Jerozolimskich. Potwierdzam: nadal tam stoi i chyba na razie się nigdzie nie wybiera. Tak samo jak i stadion narodowy. Stopiony w szarych chmurach (a może przybył tu krakowski smo(g)k) stoi nadal u brzegu Wisły. Niestety co do pomnika syrenki nie mam tej pewności, bo nie zdołałyśmy do niej dotrzeć. Po półgodzinnej wojnie z mostem poniatowskim niestety się poddałyśmy. Nie miałyśmy szans w starciu z takim potworem. :)


Próbowałyśmy nie raz nie dwa i nie zwyciężyłyśmy z planem urbanizacji Warszawy. 
Za to bez problemu dotarłyśmy do naszego punktu docelowego - Torwar. Pierwsze spojrzenie na hale z zewnątrz, byłam zawiedziona. Nie byłam świadoma tego jaką mamy na co dzień cudowną halę na granicy Gdańska i Sopotu. Nasza Ergo Arena jest reprezentacyjna i majestatyczna. Jako że byłyśmy już na ulicy Łazienkowskiej to potwierdzam, że dnia 19 lutego bieżącego roku stadion Legii nadal stał na miejscu a wokół niego rozchodził się wiosenny zapach świeżo skoszonej trawy. I pożałowałam że nigdy nie byłam na meczu piłki nożnej. Tak po prostu z czystej ciekawości. Zobaczyć jak to wszystko funkcjonuje i jak odczuwa się emocje na trybunach podczas meczu, gdzie nie odliczasz do trzech. Najtańszy bilet ulgowy na cenniku znalazłam za 35zł. Trochę sporo jak dla blondyneczki, która chciałaby pójść tam tylko z własnej ciekawości. 



Jednak ochota na mecz piłkarski przeszła mi z momentem wyjścia z Torwaru. Kiedy zobaczyłam tysiące podpitych legionistów przed meczem z Ruchem Chorzów. Nie nie nie. To nie moje klimaty. Kiedy jest czas na piwo to piję, ale kiedy jest mecz to zajmuję się meczem i wszystkie moje receptory skupione są na meczu a nie na wprowadzaniu procentów do własnego organizmu. Jak ktoś chce mi odczarować piłkę nożną to może spróbować. Chętnie dam jeszcze jedną szanse kibicom piłkarskim. Stanowczo jednak zostanę przy siatkówce i naszej polskiej PlusLidze.

Bieganie bo Warszawskich ulicach i brak rękawiczek doprowadził mnie do stanu, w którym zamiast kawy zamówiłam gorącą herbatę. ZAPAMIĘTAĆ: jak wybierasz się na całodzienną wycieczkę zabierz ze sobą rękawiczki nawet jak wydaje Ci się że jest już ciepło. 

W Warszawie wiewiórki wyszły już polować na orzeszki :)
Czyżby to już Wiosna
 Znalazłyśmy Torwar jeszcze 4 godziny przed meczem. Poszłyśmy do Łazienek Królewskich. Podreptałam tam tylko i wyłącznie z jednego powodu, żeby zobaczyć pana Fryderyka. I szok był ogromny tak jak sam pan Fryderyk z Wierzbą. Oczywiście pochmurny dzień w Lutym nie jest odpowiednim czasem na zwiedzanie parków i podziwiania piękna przyrody. Na parkowych alejkach zalegała jeszcze gruba śnieżno-wodna masa, która nie wzbudzała we mnie poczucia bezpieczeństwa. 





Wszystko musi wyglądać o niebo lepiej w barwach wiosny, albo chociaż w słońcu. Bo na moje dwie wizyty w stolicy 2/2 było pochmurnie. Może kiedyś na prawdę można spotkać tam słońce... PO małych poszukiwaniach znalazłyśmy też Pałac na Wodzie i Amfiteatr. Niestety biegające pawie były dla mnie taką atrakcją, że na uwiecznienie na zdjęciu pałacu nie znalazłam czasu. Niestety PIW-PAW (bez piw) był wyłączony i nie pokazał swojego wachlarza... Dla kogoś z tak małą główką trzeba okazać wyrozumiałość. Przecież to nie jego wina... Na profilu facebook'owym ukazał się wpis, że dla pierwszych 300 osób przybyłych na hale będzie czekał plakat z tego meczu. Gdy wybiła godzina "0" tzn. 13:30 zebrałyśmy się, by po raz drugi dotrzeć na Torwar. Z małymi problemami dotarłyśmy. Musiałam przeczytać wszystkie plakaty na ambasadach a potem jeszcze znalazłam siedzibę radiowej Trójki z wielką kaczuszką w ogródku. 



Wreszcie przyszedł czas na mecz. Torwar od środka wygląda dużo bardziej efektownie. A co najważniejsze dobrze oznakowany, jeśli bez problemu znalazłam odpowiedni sektor i moje miejsce. Z różowymi krzesełkami tez ktoś wykazał się kreatywności i nieznajomością budowy ludzkich ciał. Przepraszam bardzo Panią siedzącą przede mną ale niestety musiałam o czasu do czasu przełożyć lewą nogę na prawą i na odwrót. To są te chwile kiedy zazdroszczę dziewczyną mającym metr sześćdziesiąt. 



Bycie kibicem w innej hali niż Ergo Arena, było cudownym uczuciem. Niby drużyna ta sama, ale Lotos Trefl Gdańsk wyglądał zupełnie inaczej. Ostatnio całkowicie minęło uczucie "wow" na ich widok. Kiedy zmienia się otoczenie to zmieniają się też moje emocje. Może dlatego że hala jest inaczej zbudowana i nie można podejść do samego boiska. Zawodnicy na płycie zdają się tacy nieosiągalni co czyni ich takimi wyjątkowymi. Sama ceremonia rozpoczęcia meczu była niecodzienna. Zgasły światła i każdy z zawodników wybiegał z tunelu po usłyszeniu swojego nazwiska. 



Czyżby Warszawa chciała, żebym z meczu wróciła szczęśliwa? 
Pierwszy set grany na przewagi skończył się na korzyść Gdańszczan 27:25.
Drugi set Warszawa rozpoczęła prowadząc 7:2, żeby finalnie przegrać również i drugiego seta 23:25.
Trzeci set z dedykacją dla mnie, żeby spotkanie potrwało dłużej Lotos Trefl oddał gospodarzom 21:25.
Czwarty set okazał się już tym ostatnim setem. Na którego zakończenie statuetkę dostał nasz kapitan.
Lepszego wyniku nie mogłam sobie wymarzyć. Rywalizacja może nie była na najwyższym poziomie, chociaż sufit został trafiony nie raz. :)




Kolejny mecz na który zabrałam tylko ze sobą obiektyw kitowy, bo nie chciałam targać większego. Potem z reguł tego bardzo żałuję. Z tego wyjazdu mam zdjęcia jedynie do momentu wyjścia z hali po meczu. Chyba wtedy dopadło mnie już takie zmęczenie, że nie miałam nawet ochoty robić zdjęć. Zauważyłam jak często używam snapchata. Tylko wtedy wszystkie zrobione zdjęcia wylatują z mojego telefonu do znajomych i nie mam ich kopii. Przepadły na dobre. 




To była super wycieczka. Z dniem 19 lutego skończył się mój kryzys siatkówkowy. Dwa ostatnie mecze na których byłam napełnił mnie znów pragnieniem siatkówki. A od wtorku już wracam na w-f mam nadzieję, że nic się nie zmieni w tej kwestii... Każde wyjście z domu to jakaś przygoda. Dla mnie to było nowe doświadczenie. Wyjazd był męczący, bo bez względu na to czy jadę autem, polskim busem, czy pkp to jest mi jednakowo niewygodnie i najchętniej bym sobie odcięła nogi gdzieś na wysokości kolan na czas transportu. Nie mam pojęcia jak podróżują siatkarze... Może po przyjeździe na hale sztab szkoleniowy składa wszystkich zawodników niczym szafki z Ikei. 



Tak nas żegnała Warszawa po intensywnym dniu. Pałac w tęczowych barwach był piękny.